sekcja

blog

Artykuł: Karnawał, czas mięsa

Luty 24, 2012

Karnawał w Rio (fot. wikipedia)

Cóż jest takiego szczególnego w tym niedługim okresie, przypadającym między Świętem Trzech Króli a Środą Popielcową? Dlaczego to właśnie w środku zimy tradycja nie tylko nie zabrania, ale wręcz nakazuje nam osiąganie szczytów szaleństw i uciechy? Zdawałoby się, że w ciągu roku jest tyle innych, lepszych po temu okazji. A jednak świadomość karnawału – choć już coraz bardziej rozmyta, coraz mniej jasna – jeszcze w nas trwa. Skąd więc się tam wzięła? I cóż z niej dziś nam pozostało?

Carnevale. Choć trudno jest ustalić jednoznaczną etymologię tego włoskiego wyrażenia, większość badaczy przyjmuje, że chodzi tu o nic innego, jak „czas pożegnania z mięsem”. Jest wiele teorii dokonujących głębszej, filologicznej analizy tych słów – podarujmy je sobie, bo powyższa definicja najlepiej chyba oddaje zarówno atmosferę, jak i wielowiekową historię karnawału.

Mięso. Słowo jakże soczyste, krwawe, straszne wręcz, o brzmieniu co najmniej niepokojącym – w każdym chyba z europejskich języków. Oto klucz do zrozumienia karnawału. Ta niepewność, obawa przed nieubłaganie zbliżającym się, kategorycznym zakazem jego spożywania towarzyszyła mieszkańcom starego kontynentu od setek lat.  Jednak ograniczanie tego pojęcia jedynie do pewnych narzucanych religijnie zasad żywieniowych byłoby krótkowzrocznością. Karnawałowe mięso ma znaczenie dużo szersze, także – a może przede wszystkim – metaforyczne.

O co więc chodzi? Nim padnie odpowiedź na to pytanie, warto by przytoczyć kilka wymownych przykładów. Rodem z całej Europy, bo choć w formach i szczegółach był karnawał świętem dość zróżnicowanym, to jego treść i wymowa miała zasięg uniwersalny.

Ot, choćby w wielu miastach średniowiecznej Francji, Włoch i Hiszpanii – Autun, Sens, nawet w Madrycie – obchodzono w styczniu uroczystość zwaną Świętem Osła. W teorii miał to być hołd oddany dwóm biblijnym wierzchowcom – oślicy, na której Święta Rodzina uciekała do Egiptu oraz osiołkowi, na którym Chrystus w chwale wjeżdżał do Jerozolimy. W praktyce była to ceremonia skrajnie kpiarska, uderzająca we wszelkie ówczesne świętości… a jednocześnie przez niemal całe ówczesne duchowieństwo tolerowana. Prowadzano więc osła, jak monstrancję czy relikwie świętych, w barwnej procesji przez miasto do katedry. W otoczeniu księży, przystrojony w kolorowe, drogie tkaniny, wiedziony był przed ołtarz. Tam, zamiast biskupiego tronu, stał bogato wypełniony owsem żłób. Samego osła tytułowano Dostojnym Gościem, niekiedy mianując go wręcz tymczasowym księciem lub biskupem. Lud, za kościelnym celebransem, wyśpiewywał pochwalne pieśni ku jego czci, często posuwając się w tym do ryczenia na wzór ośli po ulicach i świątyniach aż do późnej nocy.

Inną formą poświątecznych obchodów był prowansalski Dzień Młodzianków. Tu również mamy do czynienia z podstawą ewangeliczną – w której miano przeciwstawiać potęgę niewinności i świętości pomordowanych dzieci z ziemską, acz ułomną władzą króla Heroda. W rzeczywistości celebracje te miały jednak bardzo cielesny charakter. Na czas trwający – w zależności od miasta – od jednego dnia po nawet trzy tygodnie, prawdziwy biskup zawieszał swą duchową władzę nad ludem, przekazując ją w ręce młodego chłopca – zwykle kleryka pierwszego roku. Ten w ramach swego ingresu obnoszony był po mieście w lektyce, zaś jego sformowany samoistnie i naprędce „dwór” wpadał do kościołów przerywając msze, wyśpiewując sprośne pieśni, wykonując obsceniczne gesty i parodiując święte obrzędy. Po domach zbierano zaś nadzwyczajne datki „na Kościół”, z których większość bynajmniej nie trafiała do biskupiej szkatuły, lecz pożytkowana była na zakup alkoholu i mięsiwa, kolektywnie spożywanych podczas wielkiej wieczornej uczty.

Nieco bardziej na północ, w katolickich krajach dawnego Cesarstwa Niemieckiego, praktyka takiego mieszania sacrum i profanum, zaburzania ścisłych hierarchii klasowych i zasad religijnych posunęła się jeszcze dalej, przyjmując formę karnawałowego Święta Głupców. W okresie tym realną władzę w miastach przejmowali wędrowni rybałci, aktorzy, kuglarze, zachęcając wszystkich do powszechnych libacji, wygłupów, a nawet strojenia sobie żartów ze świeckich i duchownych włodarzy. Niekończące się, całonocne pochody zajmowały wszystkie uliczki. W sposób szczególny czczono zaś ściąganych w tym okresie na uroczystości wariatów, dziwolągów, osoby upośledzone. Strojono ich w karykaturalne wersje możnowładczych szat, a ich „parobkowie” skrupulatnie pilnowali by wszyscy w ich towarzystwie – nawet najzamożniejsi mieszczanie – poruszali się nie inaczej  jak na kolanach.

We Włoszech wreszcie, w tej swoistej ojczyźnie karnawału, wszystkie powyższe szaleństwa wzmacniane były dodatkowo niesamowitym poczuciem anonimowości. Na kilka dni przed początkiem karnawału z zakamarków skrzyń, okrętowych ładowni i krawieckich magazynów wyciągano wszelkie ścinki, bezużyteczne już fragmenty tkanin i innych materiałów. Każdy, kto tylko umiał, zszywał te kawałki, bez większego ładu i składu, tworząc w ten sposób wielobarwne, kiczowate stroje, przedziwne maski, parodie państwowych i kościelnych chorągwi. Samo tylko przebranie się w nie dawało biesiadnikom daleko posuniętą bezkarność. Wiele karnawałowych obrzędów nie tylko dezawuowało życie wyższych sfer czy duchowieństwa, ale wręcz utrzymanych było w atmosferze powszechnego przyzwolenia na wszystko, co w pozostałej części roku było zakazane – pijaństwo, obżarstwo, obsceniczność, a także na wyjątkową swobodę seksualną, nawet jak na dzisiejsze standardy.

Tym było właśnie karnawałowe mięso.

Co ciekawe, im bardziej społeczeństwo stawało się „światłe”, im bardziej odchodzono od ścisłego, średniowiecznego modelu wiary i obyczajowego rygoryzmu, tym zarówno znaczenie, jak i stopień rozwiązłości w karnawałowych zabawach malały. I nie ma w tym nic dziwnego. Bo karnawał nierozerwalnie związany był ze zbliżającym się postem. To właśnie perspektywa nieuchronnie zbliżającego się czasu uświęconego była impulsem dla chwilowego choć podporządkowania sacrum sferze profanum. Bez tak ścisłego rozdziału między tym, co święte a tym, co ziemskie, karnawał nie miałby racji bytu. Te kilkanaście dni, w niektórych kulturach uważane za permanentnie wyjęte z ziemskiego kalendarza, było wyjątkowym, gwałtownym sposobem na oczyszczenie, swoistym katharsis, przygotowującym lud na okres wyrzeczeń, pokuty i świętości.

I tu docieramy do sedna problemu ze współczesnym karnawałem. Pewne huczne jego ostatki trwają jeszcze tam, gdzie trwa ta swoista perspektywa wiary, pojmowana jeszcze w klasycznych, rytualnych formach. Nie słyszy się już o ulicznych szaleństwach we Francji czy w Niemczech. Tłumaczy to także dlaczego największy karnawał ma miejsce w stricte katolickiej Brazylii, a te pomniejsze, acz sławne, odbywają się w krajach kultury latynoamerykańskiej czy europejskiego południa łacińskiego. W społecznej rzeczywistości, która już dawno odrzuciła dominację sacrum, a pozostałe jej elementy na co dzień miesza ze sferą profanum, nie ma już wystarczająco silnej, powszechnej potrzeby odreagowania, wylania z siebie żądz przed okresem postu. Brak kategorycznych norm odrzucających czysto cielesne uciechy, brak bezwzględnym mieczem strzeżonego autorytetu, niweluje potrzebę tak zajadłego, jak karnawałowy, sposobu jego wyśmiania. Powszechny hedonizm współczesności skutecznie stłamsił więc wyjątkowy hedonizm karnawału.

Co więc pozostało nam z karnawału? Niestety, już tylko wyzuta z sensu tradycja, pusty, ugrzeczniony i skomercjalizowany obrzęd. Bo wojna postu z karnawałem jest jak dalekowschodnie yin i yang – musi nierozstrzygalnie i nierozerwalnie trwać wiecznie. Gdy jednego zabraknie, drugie też przestanie istnieć. Jedząc codziennie mięso, szybciej znudzimy się jego smakiem. Zostały nam więc drogie, barwne stroje z wypożyczalni, zostały plastikowe, nazbyt podobne do siebie, masowo produkowane maski. Pozostał też pretekst – taki sam, jak i wiele innych – do zabawy. Ale już bez tego duchowego tchnienia szaleństwa, głębokiego transu cielesności, poczucia perwersyjnej świętości… którego nie zapewni nam żaden z wynalazków zracjonalizowanej, zlaicyzowanej współczesności.

Przy pisaniu powyższego tekstu autor posiłkował się książką dra Jacka Sieradzana „Szaleństwo w religiach świata”, którą wszystkim zainteresowanym tematem serdecznie poleca.

Artykuł ukazał się w dziale kulturalnym Czasopisma Studentów WPiA UW „Lexuss”, nr II (26), styczeń-luty 2012. Kliknij tutaj aby obejrzeć wersję elektroniczną czasopisma, tutaj zaś by pobrać artykuł w wersji PDF.

Recenzja: Operowa celebracja

Styczeń 2, 2012

Operowa celebracja
Recenzja „Prometeusza” w Warszawskiej Operze Kameralnej

Specyficzna to forma widowiska, opera kameralna. Skromna w zamierzeniach, wstrzemięźliwa w pretensjach… I w tym tkwi cała jej siła, cała jej wyjątkowość. W pełni przeznaczona dla tych, którzy chcą wybrać się „na operę”, a nie „do opery”. Nie pokażemy swoją na niej obecności wyjątkowego wysublimowania, nonszalancji wręcz. Ale uzyskamy za to szansę, by wczuć się w spektakl prawdziwie, pojąć go wraz z całą warstwą wokalno-muzyczną… a nawet, choć może to zabrzmieć dziwnie, tę formę polubić.

„Prometeusz”, oparty na oryginalnej tragedii Ajschylosa, zaś opracowany zaś przez kompozytorkę Bernadettę Matuszczak, jest nie jest operą zbyt długą ani zbyt prostą w treści. Skutecznie broni się przed pretensjonalnością romantycznych XIX-wiecznych oper. Więcej jest tu rozważań o fatum, filozoficznych odwołań do greckiej mitologii i antycznego sposobu postrzegania świata. Całość ubrana w wokalną i orkiestrową szatę przybiera postać starożytny dramat uatrakcyjniającą. Nie sposób wyzbyć się tu wrażenia odwołań do utraconych, autentycznych ich wykonań, w formie dźwięcznych i oprawnych celebracji.

Jak z zadaniem zaprezentowania tego wszystkiego poradził sobie zespół Warszawskiej Opery Kameralnej? Najkrócej odpowiedzieć można – klasycznie. I bardzo dobrze, bo obronił się tym samym przed notoryczną obecnie manierą uwspółcześniania, przeobrażania na siłę tego, co na nadmiernej modyfikacji więcej traci, niż zyskuje.

Nie znaczy to, że wszystko jest tu statyczne lub konwencjonalne. Owszem, wysłańcy bogów zstępują z wysokości, w dłoniach dzierżą zaś akcesoria już od wieków im literacko przypisane. Prometeusz, przykuty do skały, stanowi centralny punkt scenografii – jakby na antycznym ołtarzu jakiś specyficzny substytut tabernakulum. Okryty kamieniami, z krwawiącą wątrobą, ma klasycznie grecką posturę, szaty, brodę nawet. Nie stoi jednak pasywnie. Targany emocjami walczy duchowo z tym, co nachodzi spokój jego cierpienia i zniewolenia – personalizowanych tu ruchami przystrojonych na ciemno mimów. Chór, antynomicznie podzielony na dwie części – męską, lojalną wobec Zeusa oraz współczującą żeńską – nie komentuje jedynie zdarzeń, ale jest ich czynnym uczestnikiem, tak jak i jego Przodowniczka. Wciąż jednak zachowana jest zasada jedności w liczbie pierwszoplanowych bohaterów na scenie.

To, co wyróżnia każde z wykonań operowych – oprawa muzyczna – stoi na dobrym i dostosowanym do uszu większości słuchaczy poziomie. Na pierwszy plan wybija się tu oczywiście doskonały wokal występującego w tytułowej roli Dariusza Górskiego. Chór grecki jest chórem w pełnym tego słowa znaczeniu: konstruuje akcje nie tylko słowami, ale i tembrem głosu, modulacyjnym śpiewem, szeptem. Pierwotny dramatyzm potęgowany jest jeszcze przez grę orkiestry, szybko i na stałe wpadającą w tło inscenizacji.

Wszystko to – wraz z aktywną, jak na operę, grą sceniczną oraz brakiem tak groźnych dla gatunku dłużyzn – czyni z „Prometeusza” spektakl niewątpliwie dobry. I – co więcej – potrafiący mniej z operą obeznanych widzów zaintrygować i szczerze nią zainteresować.

Recenzja ukazała się w dziale kulturalnym Czasopisma Studentów WPiA UW „Lexuss”, nr I (25), październik-listopad 2011. Kliknij tutaj aby obejrzeć wersję elektroniczną czasopisma, tutaj zaś by pobrać artykuł w wersji PDF.

Garść nowych recenzyj

Grudzień 16, 2011

Będzie chronologicznie, zatem na początek Jekyll/Hyde z Teatru Polonia:

Trudno w historii światowej literatury znaleźć równie wdzięczny temat na monodram, jak historia doktora Jekylla i pana Hyde. Daje aktorowi niespotykane możliwości, rozliczne szanse zaprezentowania się, wymagając przy tym od niego olbrzymich umiejętności scenicznych i charakterologicznych. Wszak ten typ spektaklu opiera się przede wszystkim na charyzmie bohatera, na tym, czy potrafi widownię zafascynować, wciągnąć w dialog, dyskretnie wprowadzić do specyficznej gry, którą musi z nią prowadzić.

…w międzyczasie był rosyjski Hamlet Teatru Aleksandrinskiego z Sankt Petersburga:

Nie można jednak powiedzieć, że fokinowski Gamliet nie myśli. Nie, trawi go inna choroba – zastanawiać się można, czy nie typowo słowiańska – książę myśleć się boi. Woli zdawać się na własne, pierwotne instynkty, działa raczej pod wpływem chwili niźli wcześniej sformułowanego, przemyślanego planu. Nie tylko pozoruje szaleństwo, ale wręcz sam z lubością się mu oddaje, czego jedynym świadomym, acz nazbyt niemym świadkiem jest Horacy. Nie znaczy to, że książę do myślenia jest niezdolny czy też odrzuca je zupełnie. Potrafi uśpić szpiegów, wysnuć intrygę, wciągnąć w nią przyjaciół. Problem tkwi w tym, że są to jedynie momenty – Gamliet żyje chwilą i nie potrafi (a może nie chce?) spojrzeć na swoją sytuację całościowo. To coś, czym różni się od znacznie młodszego i bardziej bezwzględnego Fortynbrasa.

…oraz równie rosyjscy, ale już tylko w treści, Niepokorni.ru Teatru Polskiego:

W zawiłe, lecz autentyczne historie czwórki „niepokornych” Rosjan, Wojciech Krzemiński wraz z Michałem Sieczkowskim wpletli sporą liczbę wschodnich piosenek – w tym zarówno buntowniczego rocka, klasyczne już niemal ballady Wysockiego czy Okudżawy, a nawet melodię ze znanej i lubianej rosyjskiej dobranocki. Taka koncepcja może wydawać się dziwna – na ile tragiczna historia ludzi notorycznie łamanych ramionami systemu niemalże kafkowskiego nadaje się do „umuzykalnienia”? A jednak wszystko to łączy się z sobą w sposób zgrabny, nieinfantylny i bynajmniej nie obrazoburczy. Jakże odmiennie prezentuje się od choćby takiej Morfiny z desek Sceny Novej Teatru Roma, gdzie doskonała historia miłości ostatnich dni Bułhakowa poprzez źle dobrane piosenki bardziej męczy niż ciekawi.

Miłej lektury.

Nowa wersja strony

Grudzień 11, 2011

Javascripty i cssy ;)

Witam wszystkich serdecznie i jakże radośnie na mej stronie i blogu w zupełnie nowej wersji! Jak widać, jest inaczej – zarówno pod względem treści, jak i formy. Położyłem nacisk na stworzenie czegoś zbliżonego do portfolio, takiego chwalenia się, ochów i achów, CV. Dawny blog oczywiście zostaje, ale odrobinę zredukowany i ograniczony. Dwie zakładki strony czekają wprawdzie jeszcze na wolną chwilę, bym mógł je uzupełnić, ale jest to jedynie formalność.

Miało być bardziej efektownie i zarazem przejrzyście. Informacje miały być zebrane w sposób systematyczny. Samo portfolio jest ściśle złączone z blogiem na WordPressie, to zresztą moje autorskie rozwiązanie, napisane od podstaw. Grafika to też moja samoróbka, wierzę jednak, że wystarczająco estetyczna. A jak Wam się podoba?