sekcja

blog

Recenzja: Operowa celebracja

Styczeń 2, 2012

Operowa celebracja
Recenzja „Prometeusza” w Warszawskiej Operze Kameralnej

Specyficzna to forma widowiska, opera kameralna. Skromna w zamierzeniach, wstrzemięźliwa w pretensjach… I w tym tkwi cała jej siła, cała jej wyjątkowość. W pełni przeznaczona dla tych, którzy chcą wybrać się „na operę”, a nie „do opery”. Nie pokażemy swoją na niej obecności wyjątkowego wysublimowania, nonszalancji wręcz. Ale uzyskamy za to szansę, by wczuć się w spektakl prawdziwie, pojąć go wraz z całą warstwą wokalno-muzyczną… a nawet, choć może to zabrzmieć dziwnie, tę formę polubić.

„Prometeusz”, oparty na oryginalnej tragedii Ajschylosa, zaś opracowany zaś przez kompozytorkę Bernadettę Matuszczak, jest nie jest operą zbyt długą ani zbyt prostą w treści. Skutecznie broni się przed pretensjonalnością romantycznych XIX-wiecznych oper. Więcej jest tu rozważań o fatum, filozoficznych odwołań do greckiej mitologii i antycznego sposobu postrzegania świata. Całość ubrana w wokalną i orkiestrową szatę przybiera postać starożytny dramat uatrakcyjniającą. Nie sposób wyzbyć się tu wrażenia odwołań do utraconych, autentycznych ich wykonań, w formie dźwięcznych i oprawnych celebracji.

Jak z zadaniem zaprezentowania tego wszystkiego poradził sobie zespół Warszawskiej Opery Kameralnej? Najkrócej odpowiedzieć można – klasycznie. I bardzo dobrze, bo obronił się tym samym przed notoryczną obecnie manierą uwspółcześniania, przeobrażania na siłę tego, co na nadmiernej modyfikacji więcej traci, niż zyskuje.

Nie znaczy to, że wszystko jest tu statyczne lub konwencjonalne. Owszem, wysłańcy bogów zstępują z wysokości, w dłoniach dzierżą zaś akcesoria już od wieków im literacko przypisane. Prometeusz, przykuty do skały, stanowi centralny punkt scenografii – jakby na antycznym ołtarzu jakiś specyficzny substytut tabernakulum. Okryty kamieniami, z krwawiącą wątrobą, ma klasycznie grecką posturę, szaty, brodę nawet. Nie stoi jednak pasywnie. Targany emocjami walczy duchowo z tym, co nachodzi spokój jego cierpienia i zniewolenia – personalizowanych tu ruchami przystrojonych na ciemno mimów. Chór, antynomicznie podzielony na dwie części – męską, lojalną wobec Zeusa oraz współczującą żeńską – nie komentuje jedynie zdarzeń, ale jest ich czynnym uczestnikiem, tak jak i jego Przodowniczka. Wciąż jednak zachowana jest zasada jedności w liczbie pierwszoplanowych bohaterów na scenie.

To, co wyróżnia każde z wykonań operowych – oprawa muzyczna – stoi na dobrym i dostosowanym do uszu większości słuchaczy poziomie. Na pierwszy plan wybija się tu oczywiście doskonały wokal występującego w tytułowej roli Dariusza Górskiego. Chór grecki jest chórem w pełnym tego słowa znaczeniu: konstruuje akcje nie tylko słowami, ale i tembrem głosu, modulacyjnym śpiewem, szeptem. Pierwotny dramatyzm potęgowany jest jeszcze przez grę orkiestry, szybko i na stałe wpadającą w tło inscenizacji.

Wszystko to – wraz z aktywną, jak na operę, grą sceniczną oraz brakiem tak groźnych dla gatunku dłużyzn – czyni z „Prometeusza” spektakl niewątpliwie dobry. I – co więcej – potrafiący mniej z operą obeznanych widzów zaintrygować i szczerze nią zainteresować.

Recenzja ukazała się w dziale kulturalnym Czasopisma Studentów WPiA UW „Lexuss”, nr I (25), październik-listopad 2011. Kliknij tutaj aby obejrzeć wersję elektroniczną czasopisma, tutaj zaś by pobrać artykuł w wersji PDF.

Garść nowych recenzyj

Grudzień 16, 2011

Będzie chronologicznie, zatem na początek Jekyll/Hyde z Teatru Polonia:

Trudno w historii światowej literatury znaleźć równie wdzięczny temat na monodram, jak historia doktora Jekylla i pana Hyde. Daje aktorowi niespotykane możliwości, rozliczne szanse zaprezentowania się, wymagając przy tym od niego olbrzymich umiejętności scenicznych i charakterologicznych. Wszak ten typ spektaklu opiera się przede wszystkim na charyzmie bohatera, na tym, czy potrafi widownię zafascynować, wciągnąć w dialog, dyskretnie wprowadzić do specyficznej gry, którą musi z nią prowadzić.

…w międzyczasie był rosyjski Hamlet Teatru Aleksandrinskiego z Sankt Petersburga:

Nie można jednak powiedzieć, że fokinowski Gamliet nie myśli. Nie, trawi go inna choroba – zastanawiać się można, czy nie typowo słowiańska – książę myśleć się boi. Woli zdawać się na własne, pierwotne instynkty, działa raczej pod wpływem chwili niźli wcześniej sformułowanego, przemyślanego planu. Nie tylko pozoruje szaleństwo, ale wręcz sam z lubością się mu oddaje, czego jedynym świadomym, acz nazbyt niemym świadkiem jest Horacy. Nie znaczy to, że książę do myślenia jest niezdolny czy też odrzuca je zupełnie. Potrafi uśpić szpiegów, wysnuć intrygę, wciągnąć w nią przyjaciół. Problem tkwi w tym, że są to jedynie momenty – Gamliet żyje chwilą i nie potrafi (a może nie chce?) spojrzeć na swoją sytuację całościowo. To coś, czym różni się od znacznie młodszego i bardziej bezwzględnego Fortynbrasa.

…oraz równie rosyjscy, ale już tylko w treści, Niepokorni.ru Teatru Polskiego:

W zawiłe, lecz autentyczne historie czwórki „niepokornych” Rosjan, Wojciech Krzemiński wraz z Michałem Sieczkowskim wpletli sporą liczbę wschodnich piosenek – w tym zarówno buntowniczego rocka, klasyczne już niemal ballady Wysockiego czy Okudżawy, a nawet melodię ze znanej i lubianej rosyjskiej dobranocki. Taka koncepcja może wydawać się dziwna – na ile tragiczna historia ludzi notorycznie łamanych ramionami systemu niemalże kafkowskiego nadaje się do „umuzykalnienia”? A jednak wszystko to łączy się z sobą w sposób zgrabny, nieinfantylny i bynajmniej nie obrazoburczy. Jakże odmiennie prezentuje się od choćby takiej Morfiny z desek Sceny Novej Teatru Roma, gdzie doskonała historia miłości ostatnich dni Bułhakowa poprzez źle dobrane piosenki bardziej męczy niż ciekawi.

Miłej lektury.

Nowa wersja strony

Grudzień 11, 2011

Javascripty i cssy ;)

Witam wszystkich serdecznie i jakże radośnie na mej stronie i blogu w zupełnie nowej wersji! Jak widać, jest inaczej – zarówno pod względem treści, jak i formy. Położyłem nacisk na stworzenie czegoś zbliżonego do portfolio, takiego chwalenia się, ochów i achów, CV. Dawny blog oczywiście zostaje, ale odrobinę zredukowany i ograniczony. Dwie zakładki strony czekają wprawdzie jeszcze na wolną chwilę, bym mógł je uzupełnić, ale jest to jedynie formalność.

Miało być bardziej efektownie i zarazem przejrzyście. Informacje miały być zebrane w sposób systematyczny. Samo portfolio jest ściśle złączone z blogiem na WordPressie, to zresztą moje autorskie rozwiązanie, napisane od podstaw. Grafika to też moja samoróbka, wierzę jednak, że wystarczająco estetyczna. A jak Wam się podoba?

Recenzja: Zły po lubelsku

Wrzesień 20, 2011

Degrengolada jednostki, upadek społeczny. Temat oczywisty, typowy, oklepany wręcz… A jednak wciąż prawdziwy. I dzięki temu, gdy spojrzy się nań z pewnym przymrużeniem oka, nie popadając w patos ani nie banalizując, da się z niego sporo wykrzesać. Co skutecznie, z werwą i ze świeżym pomysłem udowadniają aktorzy lubelskiej Sceny Prapremier InVitro.

…czyli moja recenzja lubelskiego „Złego”. Całość dostępna na teatrakcjach.